Architektura Petersburga dostarcza wielu wrażeń estetycznych :)Być może pamiętacie, jak w lutym narzekałem na swoją robotę. I wcale nie chodziło o to, że było zimno (było zimno) i mokro (jeszcze jak!). Byłem wtedy prawie pewny, żeby dać sobie z tym spokój, ale po miesiącu wszystko się naprostowało. Zostałem. Przez te kilka miesięcy nazbierało mi się trochę przemyśleń i obserwacji o tutejszych realiach z perspektywy kuriera i poziomu rowerowego siodełka, którymi chciałbym się w Wami podzielić.

W skrócie: od kiedy na poważnie przeniosłem się do Petersburga starałem się znaleźć zajęcie, które od zawsze przynosiło mi radochę – chciałem kontynuować "karierę" kuriera rowerowego. Poznawać prawdziwe miasto o którym nie piszą w przewodnikach turystycznych, bywać tam, gdzie normalnie nie miałbym czego szukać. W zeszłym roku straciłem sporo nerwów na poszukiwaniach wymarzonej pracy, a kiedy w końcu sie udało, lekko przytłoczyły mnie realia. Mało zamówień, brak dobrej komunikacji, zdarzało się pedałować przez pół miasta po jedną przesyłkę... Dużo wysiłku i mało pieniędzy - nie wyglądało to dobrze.

Na szczęście w ciągu pierwszego miesiąca udało nam się z „obsługą naziemną” dobrze zgrać - pojawiło się więcej zleceń i praca zaczęła mieć sens. Nie bez znaczenia jest fakt, że po tych kilku miesiącach w dużym stopniu już „umiem” swoją część miasta. Adresy, trasy, skróty i dziury w asfalcie znam na pamięć. Nauczyłem się rozczytywać pochyłą cyrylicę na listach przewozowych i dużo powodów do stresu, które towarzyszyły mi w lutym gdzieś się ulotniło. No i uliczne szaleństwa przy pięknie grzejącym słońcu (nawet tu się zdarza) to jednak inna jakość. Poniżej trochę przemyśleń, będących owocem tych kilku miesięcy w siodle.

Kurier - turysta mimo woli
To, co najbardziej lubię w pracy kuriera - oprócz mocnych wrażeń i bycia w ciągłym ruchu – to przede wszystkim zwiedzanie miasta. Woziłem już przesyłki do największych stoczni, do sławnych zakładów optycznych LOMO, gdzie powstawały popularne aparaty fotograficzne. Do luksusowych mieszkań na najwyższych piętrach strzeżonych „wysotek” i do obskurnych „komunałek” zajmowanych przez kilka rodzin z Azji Środkowej, gdzie w małym pokoiku głośno gra telewizor a kilkoro dzieci patrzy każde w swój telefon.

Podwórka-studnie, petersburska specjalność
Jest kilka miejsc, które szczególnie zapadły mi w pamięć. Małe biuro rachunkowe, gdzie na ścianie wisiał portret Feliksa Dzierżyńskiego (komu, na bogów, może podobać się Dzierżyński?) i „pałac” Gazpromu, gdzie w sekretariacie wisi w pięknej ramie powiększone zdjęcie Putina grającego na pianinie na jakiejś gali. Bogacto, kicz i groteska bardzo się lubią w takich miejscach. Duży ciężar pozostawiła we mnie wizyta w fabryce butów, gdzie w wielkiej hali przy miarowym stukocie maszyn do szycia pracowały dziesiątki zgiętych imigrantów z centralnej Azji. „Porzućcie nadzieję” itd. No i oczywiście jest moje ulubione, ceglane monstrum, czyli Czerwony Trójkąt, gdzie można „zniknąć” na pięć, albo na pięćdziesiąt minut.

Ludzie i parapety
Niestety muszę rozczarować wszystkich rusofilów i rusofobów, stereotypów tu nie będzie. Ludzie – jak to ludzie – są najróżniejsi. Prosta prawda o życiu. Spotykasz w pracy piękne sekretarki po różnych mniej lub bardziej poważnych operacjach plastycznych, które pięknie się uśmiechają, ale spotykasz i takie, które z niesmakiem potrafią zmierzyć cię wzrokiem od stóp (w nie najczystszych butach) do głów (w dziwnej kolarskiej czapeczce). W mokry dzień kurierzy rowerowi nie są mistrzami w robieniu pierwszego wrażenia! W szklanych windach biurowców budzisz konsternację u menedżerów w modnych marynarkach i spodniach w kant – na krótki moment przynosisz ze sobą ulicę w sterylne wnętrza ich świata i ewidentnie nie czują się z tym komfortowo. Ale i wśród nich zdarzają się miłośnicy rowerów, którzy chętnie zagadają, uścisną dłoń i życzą powodzenia. Generalizowanie bywa krzywdzące dla wszystkich - pamiętaj, młody padawanie!

Najczęściej spotykam się w pracy z przejawami sympatii i zainteresowania. Raz, że co w ogóle robi Polak w Rosji? Dwa – jak to, na rowerze? Dla niektórych te dwa pytania stanowią doskonały pretekst do zaproszenia na małą biesiadę z herbatą, ciastkami, czekoladą i czym sekretariat bogaty. W kilku biurach (i jednej ceramicznej manufakturze) te posiadówki przy herbacie stały się już tradycją. Bardzo sympatyczną. Kiedy tylko czas pozwala zawsze przysiądę.

„Polak w Rosji?”
Akcent zdradza, że nie jestem stąd gdy tylko otwieram usta. W Petersburgu i Moskwie pełno jest imigrantów zarobkowych, pochodzących głównie z byłych republik w centralnej Azji (Tadżycy, Uzbecy, Kirgizi, Czeczeni), trochę skośnookich przybyszów z dalekiej północy i reprezentantów ludów mongolskich. Ludzie do nich przywykli. Ale taki wynalazek na rowerze z dziwnym akcentem nie wiadomo skąd... To ciekawostka wymagająca zbadania.

Ktoś zamawiał kuriera na Bezimienną Wyspę? ;)
Pytanie „skąd jestem” słyszę w większości miejsc, do których przyjeżdżam po raz pierwszy. Z początku się przyznawałem, teraz chcę mieć z tego trochę zabawy, więc zawsze odpowiadam: „zgadujcie”. Najczęstsze typy to Rumunia, Mołdawia i „pribałtika”, zdarzyła się też Szwecja i Finlandia. Raz wzięto mnie za Włocha, ludzie mają pomysły… Mało kto zgaduje prawidłowo, bo Polaka w Petersburgu można spotkać stosunkowo rzadko, w dodatku raczej jako specjalistę jakiejś wąskiej dziedziny, któremu tu zaproponowała pracę jakaś wielka i poważna firma, albo "zesłańca", którego firma oddelegowała z kraju do wschodniego przyczółka. Ale Polaka kuriera (w dodatku na rowerze) nikt się nie spodziewa.

Do Petersburga przyjeżdżam regularnie już prawie dziesięć lat. Nie spotkałem się nigdy z jakimiś wyrazami niechęci z powodu narodowości. W pracy również. Polska budzi u Rosjan pozytywne uczucia i wspomnienia. Nagle okazuje się, że każdy ma dziadka/przyjaciela w Polsce, że kiedyś handlował z Polakami i do tej pory ma tam znajomych, że „bracia Słowianie” itd. Ktoś studiował w Warszawie, ktoś chciałby zobaczyć Kraków, bo podobno piękny...

Tutaj miasto się zaczyna. Albo kończy.
Druga sprawa, że rower to doskonały punkt wyjścia do pytań o warunki na drogach, infrastrukturę rowerową (której w Rosji praktycznie nie ma), o kulturę jazdy (prosiłbym – jaką kulturę?!) i czy „zimą też jeżdżę” (nieśmiertelne pytanie o zimowe opony zna każdy kurier rowerowy).

Ciecie i ochroniarze
Spotkałem się kiedyś z twierdzeniem, że w Rosji jedna połowa ludzi pilnuje drugiej połowy. Z perspektywy człowieka, który bywa tu i ówdzie, pozostaje mi tylko potwierdzić ten stereotyp. Ochroniarze, ciecie, punkty wydające przepustki, punkty sprawdzające przepustki i punkty odbierające (przepustki) są wszechobecne. W mieście pełno jest dużych, ogrodzonych terytoriów, w obrębie których swoje siedziby mają różne mniejsze i większe firmy. Wchodząc na takie terytorium należy pokazać paszport, na którego podstawie wydawana jest jednorazowa przepustka. Przepustkę należy pokazać innej osobie przy szlabanie lub bramce. Później w każdym kolejnym budynku często trafia na kolejny punkt kontrolny, gdzie znowu sprawdzana jest przepustka i zaznaczana godzina wejścia i wyjścia z budynku. Wychodząc należy oddać przepustkę podbitą firmową pieczątką, co ma stanowić dowód, że nie szwędasz się tam, gdzie nie trzeba.

Z jednej strony, te wszystkie zabiegi stanowią odpowiedź na „zagrożenie terrorystyczne”. Z drugiej - to pozostałość po poprzednim ustroju. Należało przecież pilnować zakładowych tajemnic i technologii przed „imperialistycznymi szpiegami”. A przede wszystkim przed własnymi pracownikami, wynoszącymi z zakładu co popadnie zgodnie z dewizą „Wszystko wokół ludowe - wszystko wokół moje”.

Najczęściej funkcję cieci i ochroniarzy pełnią starsze osoby dorabiające sobie do skromnej emerytury (podobnie jak w Polsce, życie nie pieści emerytów). Mili ludzie, którzy uprzejmie obsłużą, podpowiedzą i wskażą drogę nie są rzadkością. Są też niestety tacy, którzy za wszelką cenę chcą ci pokazać, że mają jakąś władzę (litości), bo na kurtce mają naszyty napis OXPAHA (o, słowo „Ochrona” można napisać alfabetem łacińskim!), którzy „niczego nie będą tłumaczyć bo to nie ich praca” i  „nie będą niczego przyjmować/przekazywać” (bo nikt im za to nie płaci).

STOP zblazowanym dziadom na ochronie!
Pracowałem kiedyś jako ochroniarz na paru obiektach w Szczecinie. Pamiętam skądinąd sympatycznych ludzi, którzy zakładając służbową czarną kurtkę z odpowiednim napisem od razu stawali się we własnych oczach ważniejsi. Inaczej chodzili, inaczej gadali... Na szczęście miejsca, w których pracowałem leżały często na peryferiach, więc sam pojawiając się w pracy nie musiałem się przebierać, nikt mnie nie sprawdzał. Byli gliniarze i trepy, dziady o skwaszonych minach (nie pozdrawiam) zdarzają się w tej pracy niestety często. Możesz się z nimi kłócić, ale nie ma to większego sensu. No i jeszcze nie raz tu wrócisz, zapamiętają. Lepiej zaginać ich uprzejmością - zło dobrem zwyciężać, cytując klasyków.

Napiwki i "naherbatniki"
Polski „napiwek”, czy niemiecki „trinkgeld” („pieniądz na drinka”) w języku rosyjskim funkcjonuje w formie „czajewyje”, czyli „pieniędzy na herbatę” (tak, też byłem zdziwiony). Zresztą funkcjonuje głównie tam (to znaczy w języku), a niestety znacznie rzadziej w obiektywnej rzeczywistości. Przynajmniej jeśli chodzi o kurierów. W ciągu czterech miesięcy pamiętam dokładnie każdy przypadek człowieka, który nie chciał reszty, lub celowo zostawił mi „na herbatę” pomimo bezgotówkowego rozliczania. Kultura napiwku jakoś tu nie działa.

Chciałbym w tym miejscu wspomnieć o jednym kliencie. Młody człowiek około trzydziestki pokazujący się światu w szerokim dresie. Nosi komplet złotych łańcuchów na szyi i obu nadgarstkach, "sikory złote" i "fingiel na palcu". Zawsze zostawia mi napiwki. "Zawsze", to znaczy zawsze - nigdy tego nie zaniedbał.
Pamiętasz jeszcze o tym generalizowaniu, młody padawanie?

Krzysztof




Komentarze   

0 #1 ZoltaN 2017-06-08 15:52
Spoko artykuł - lekko się czytała i można się trochę dowiedzieć o dalekim świecie od zakrystii.
Puzdro!
Cytować
0 #2 Zbyszek alias Zenek 2017-06-20 20:21
Dobrze się czytało.
Cytować
0 #3 Krzysiek 2017-06-22 07:45
Dzięki :)
Cytować
0 #4 Wojt 2017-09-29 18:51
Nic nie napisales o walce na drodze, a chyba nie jest lekko?
Cytować
+2 #5 Krzysiek 2017-09-30 09:08
Rozumiem, skąd Twoje pytanie, sieć jest pełna filmów z rosyjskich dróg :) Na ulicy często widuję wypadki, sam do tej pory miałem trzy niegroźne, ale nie ma o czym mówić. W Rosji kierowcy zupełnie nie przywykli do rowerów na drodze (pisałem o tym tu: http://www.popetersburgu.pl/blog/35-po-piterze-na-rowerze.html). Znany jest przypadek rowerzysty, którego ganiał po całym placu Pałacowym wściekły kierowca taksówki, któremu tamten "przestawił" lusterko kierownicą: https://www.youtube.com/watch?v=LEbDMvDzGtg
Samemu nie spotkałem się nigdy z przejawami otwartej agresji. Wiadomo, że czasem ktoś coś pokrzyczy w przypływie emocji, ale to puszczam mimo uszu :)
Pozdrowienia!
Cytować

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Ciekawostki

1.jpg

Ten maultki ptaszek to "Cziżyk-Pyżik" - bohater popularnej petersburskiej rymowanki. Pomnik ginął tyle razy, że trudno powiedzieć, która z kolejnych kopii stoi teraz na postumencie.

Facebook

Główny Partner