Wiele stacji metra przypomina socjalistyczny skansenPrzeszliśmy przez bramkę - przed nami gardziel prowadząca w głąb ziemi. Przekraczamy granicę dzielącą pełną chaosu ulicę i uporządkowaną, będącą pod nieustanną kontrolą przestrzeń metra. Kolej podziemna w Rosji to poważna sprawa. Znajduje się pod specjalnym nadzorem i znacznie różni się od tego, co można zobaczyć w aglomeracjach zachodniej Europy. Z kilku powodów.

Raz, że na stacjach jest czysto, niemal sterylnie. Bez różnicy, czy jest to Petersburg, Moskwa, czy Ekaterinburg. Posadzki są nieustannie czyszczone, schody zamiatane a na wypolerowanych marmurowych ścianach można zobaczyć swoje odbicie. Na stacjach nie walają się śmieci (nie licząc zostawianych tu i ówdzie darmowych dzienników podczas porannego szczytu), nieliczne graffiti pojawia się rzadko i szybko jest usuwane.

Najpiękniejsze stacje położone są na linii nr 1
Najbardziej rzucająca się w oczy różnica to wyjątkowe względy bezpieczeństwa. Przynajmniej takie wrażenie próbują stworzyć władze. Po niedawnym zamachu w petersburskim metrze, jeszcze większą uwagę poświęca się kontrolom osobistym pasażerów. Co oznacza, że nieznacznie ograniczono panującą do tej pory ogólną prowizorkę. Ustawione już dawno temu bramki wykrywające metal, które do pamiętnego trzeciego kwietnia w wielu przypadkach stały wyłączone, znów działają. Teraz jestem w stanie zrozumieć, dlaczego do tej pory ich nie używano. Pikają w wyjątkowo denerwujący sposób praktycznie bez przerwy, przecież każdy ma przy sobie coś metalowego. Praca ochrony w takich warunkach musi być wyjątkowo uciążliwa.

Ochrona metra nie jest w stanie sprawdzić każdego, przy którym hałasuje bramka - głównym kryterium jest „niesłowiańska” fizjonomia i bagaż. Tadżyk czy Uzbek może być pewny kontroli. Ja też. Jeśli wzrok ochroniarza wyłapującego przy wejściu podejrzane elementy padnie akurat na mnie – na pewno zostanę poproszony do budki obok (mam duży plecak i „wypisane na twarzy, że nie jestem stąd”). Kiedy piszę, że zostanę „poproszony”, dokładnie to mam na myśli. Kelnerzy mogliby się uczyć uprzejmości od ochrony metra. Proszę, będzie pan uprzejmy, dziękuję, miłej podróży i uśmiech - z jakiegoś nieznanego mi powodu to u nich standard. Uprzejmość ochrony automatycznie się jednak wyłącza, gdy mają do czynienia z imigrantem z centralnej Azji. Ci biedni ludzie zawsze są na straconej pozycji w kontaktach z służbami.

Czyste stacje są wizytówką metra
W praktyce na kontrolę nie trzeba się godzić. To nie policja, nie ma przymusu, w przypadku odmowy po prostu nie zostaniemy do metra wpuszczeni - brzmi sensownie. Cała procedura kontroli polega na prześwietleniu bagażu rentgenowskim aparatem, trwa to 10 sekund. Nikt nie grzebie nam po kieszeniach i nie obmacuje za zamkniętymi drzwiami.

W podziemiach jesteś pod nieustanną obserwacją – takie wrażenie sprawia wielka mnogość kamer, które zaglądają dosłownie wszędzie. Powoduje to efekt Panoptykonu - chociaż w praktyce trudno byłoby prowadzić efektywną obserwację tylu kamer jednocześnie, jednak obecność wszędobylskich szklanych oczu sprawia, że przemieszczające się podziemnymi korytarzami masy ludzi czują się obserwowane. I to działa. Oczywiście znaleźć blind-spoty też nie jest trudno, jeśli to komuś potrzebne. np. do gry na skrzypcach lub sprzedawania chińskich piesków-zabawek o laserowych oczach.

Więcej ciekawostek o podziemnych podróżach w archiwalnym wpisie "Petersburskie metro wczoraj i dziś"

Albo jeszcze Piotrogród, albo już Leningrad :)
Zjeżdżając ruchomymi schodami na położone głęboko pod ziemią stacje, pasażerowie słyszą z głośników jeden komunikat za drugim. Nie biegajcie po schodach (bieganie po schodach - okazuje się - jest niebezpieczne), nie zapominajcie swoich bagaży, bądźcie dla siebie uprzejmi, ustępujcie miejsca starszym, pilnujcie dzieci i wiele temu podobnych. Zdarzają się też komunikaty o zamknięciu jakiejś stacji „z przyczyn technicznych”. Za tym enigmatycznym określeniem z reguły kryje się torba pozostawiona na stacji przez bezdomnego, którą to torbę jednak trzeba sprawdzić przy zachowaniu wszelkich środków ostrożności.

Wszystkie te środki bezpieczeństwa mają sprawiać, abyś w metrze nie czuł się jak u siebie i nie pozwalał sobie na zbytnią frywolność. Przypomina to raczej proszony obiad u kogoś, kto ma dokładny plan, gdzie cię posadzi, ile i czego ci nałoży, stanie nad tobą i poczeka, aż opróżnisz talerz (w międzyczasie ostrzegając, żeby nie jeść za szybko i dobrze przeżuwać), a potem „do swidanija”.

A skoro już o jedzeniu – w metrze ludzie praktycznie nie jedzą. Zawsze mnie to dziwiło, sam nie mam oporów :) Piją równie rzadko. Czasem jakiś spalony słońcem robotnik po całodniowej szychcie sączy Baltikę z puszki w papierowej torebce, ale metro jakoś nie nastraja do konsumpcji. Może chodzi o to, że na stacjach, w korytarzach i westybulach nie ma pojemników na śmieci (w śmietniku łatwo schować bombę) i nie byłoby jak pozbyć się opakowań? A może to Wielki Brat zaglądający „w talerz”?

Krzysztof